Sprawa Rockie Nolan nie chce umrzeć, zaczynają pisać o niej ludzie, którzy z modowym blogoświatkiem nie mają nic wspólnego. Sprawa pojawiła się w zeszłym tygodniu, ja dowiedziałam się o niej z blipa i FB, jedną z pierwszych osób, które o tym napisały, była Harel. Ryfka na FB żartowała sobie, że Reserved zawsze chciało być jak Zara, więc naśladuje Zarę jak tylko może.
Początkowo wyglądało, że Re się przejęło i zajęło się afer(k)ą w sposób, do którego trudno się przyczepić - zareagowali, przeprosili (a, jak wiem to z własnego przykładu, to wcale nie takie oczywiste, wiele firm na polskim rynku nie umie tego zrobić, do Nikona żywię obrazę, wieczną urazę i jestem zawiedziona aż po grób), zapewnili, że działają i zajmują się sprawą. Jednak, tę sprawę dałoby się zamknąć w trzy dni, a tak to już drugi tydzień wałkowania w coraz szerszych kręgach.
Pewnie nie ma tu zbyt dużej winy Re - zostali oni wprowadzeni w błąd, to oni ponoszą szkodę - przede wszystkim wizerunkową, ale ta może przełożyć się przecież na finanse. Dlaczego sprawa jeszcze nie umarła? Bo tu Re popełniło błąd. Reserved zamiast postępować zgodnie z prawidłami sztuki reagowania w sytuacji kryzysowej, uznało, że wystarczy dać dziecku cukierka i wszystko będzie cacy. Co mogli zrobić? Przede wszystkim zachować się bardziej aktywnie, rozesłać info do serwisów modowych (czyli zacząć kształtować przekaz, narzucić własny komunikat, a nie pozwolić, by robili to inni), że kiepska sprawa, że przepraszają, że nie mieli świadomości, że są etyczni i nie będą wykorzystywać amerykańskiej blogerki, że działają fair, więc albo wycofują koszulki ze sklepów, albo też płacą Rockie furę dolarów i proponują jej sesję/kampanię/proszą, by zaprojektowała serię koszulek/ zapraszają do Polski na staż w LPP w dziale projektowania...
Co zrobili? Zaproponowali Rockie Nolan tzw. opłatę licencyjną (150$ za zdjęcie przy założeniu, że wykorzystają jeszcze kolejne jej zdjęcia). Podsumowując, dziewczynę okradli, duża firma występuje w roli pasera i zarabia na tym pieniądze (zakładam, że nie są to kokosy, ale jednak), a blogerce oferuje się pieniądze, które wystarczą jej, na..., nie wiem?, waciki? A wszystkiemu winny jest jakiś anonimowy designer pracujący dla marki.
Myślę sobie, że być może to jakaś większa afer(k)a, bo trudno mi uwierzyć, że student grafiki na ASP lub projektowania mody na którejś z uczelni prywatnych, dorabiający sobie współpracą z Reserved, nie miał pojęcia, co to są prawa autorskie i nie wiedział, że nie można wykorzystywać cudzej pracy, tym bardziej, że pewnie podpisał szczegółowy kontrakt z Re (a marka powinna wiedzieć, jak się zabezpieczyć przed podobnymi wpadkami). Mam niejasne niczym nieudokumentowane podejrzenie, że to nie "jeden z kilkudziesięciu" projektantów pracujących dla Re, ale chiński dostawca. Tak samo w przypadku Zary - bo mi się w głowie nie mieści, by europejskie marki pozwalały sobie na takie harce. W końcu to żadna wielka tajemnica - część kolekcji z sieciówek kupowana jest u dostawców zewnętrznych (najczęściej w Chinach właśnie). I tracić na tym powinny firmy zewnętrzne, a nie okradane i oszukiwane blogerki.