Z dzieciństwa pamiętam oranżadki w neonowo-fluorescencyjnych kolorach, o landrynkowym smaku, które w składzie zawierały barwniki i aromaty identyczne z naturalnymi. Stuprocentowy plastik do picia. Kocham plastki, kocham kicz, nie przeszkadza mi photoshop (choć nałogowo zaglądam na PhotoshopDisasters z rozbawieniem dowiadując się, że Ralph Lauren zamienił modelki w patyczki z wielkimi głowami, albo Burberry amputowało Emmie Watson nogę), ale kolejne reklamy przerobione do ostatniego piksela zaczynają mnie nudzić - bo ileż można oglądać reklamy które nawet nie udają, że są identyczne z naturalnym wyglądem sfotografowanej osoby, w końcu landrynkowe oranżadki przyswajane w ilościach hurtowych wywołują odruch wymiotny. I zaczynają nudzić.
W zeszłym roku kolorowe magazyny odkryły, że można się obyć bez photoshopa (kwietniowe okładki francuskiej Elle, wrześniowy Twój Styl), ale to był, i ciągle jest!, tylko sposób na darmową reklamę, na wywołanie buzzu, o, patrzcie, jacy jesteśmy awangardowi, jak bardzo do przodu, jak wyłamujemy się z mainstreamu... Czy coś te okładki zmieniły? Nie sądzę, w końcu nawet "brzydkie", "naturalistyczne" sesje Terry'ego Richarsdona wiosny nie czynią, nie zmieniły dominującej estetyki gładkich plastikowych sesji modowych. To, że jedna gwiazda z drugą pojawią się na okładce pisma nie przypominając woskowych lalek, nie zmieni dominującego trendu na poprawianie i odchudzanie wszystkiego, co się da (największe wpadki do zobaczenia w Newsweeku). Gdy jednak zobaczyłam pierwsze zdjęcie reklamowe Pringle of Scotland z Tildą Swinton, pomyślałam, że może coś się zmienia:
Oczywiście, nie wierzę, że zdjęcia z tej kampanii obyły się bez retuszu, ale Tilda, która skądinąd jest fantastyczna, wygląda normalnie, naturalnie. Prawdziwie.