| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          


statystyka
środa, 25 stycznia 2017
Size is just a number. Czyli zawsze przymierzaj dżinsy

Wczoraj rozmawiając ze znajomą wspomniałam, że moje pierwsze pięćsetjedynki Levisa były w rozmiarze 27. To było jeszcze w zeszłym stuleciu, gdy byłam nastolatką na granicy niedowagi, a dżinsy w rozmiarze 27 były odrobinę za duże. Co rozpoczęło rozmowę o tym, jak trudno kupić dobre dżinsy i jak zwodnicza bywa rozmiarówka...

 

Tamte 501 dawno znoszone wylądowały w koszu, ale wciąż mam w szafie model Demi Curve Classic Straight Leg w rozmiarze 27 (linia Levi's Curve ID miała premierę w sierpniu 2010).

 

R1028193Levi's Demi Curve Straight Leg (27), 7 For All Mankind Roxanne (23)

Demi Curve w rozmiarze 27 są lużne, za duże o co najmniej jeden rozmiar, ale na mojej figurze układają się jak bojfriendy. Porównuję je z modelem Roxanne marki 7 For All Mankind w rozmiarze 23 - na papierze (see, what I did here?) różnica 4 rozmiarów (!!!!), ale wymiary wcale na to nie wskazują. Nie jest to dobre porównanie, bo Roxanne widoczne na zdjęciu to model skinnies (choć dokładniej slim leg) z niskim stanem, a Demi Curve ma stan normalny/regular i proste (czytaj luźne nogawki), więc to nie jest ten sam fason, a talia lewisów znajduje się o kilka centymetów wyżej (upraszczając, wizualizując - opadają mi mocno na biodra, a Roxanne jest dopasowana).

 

Za to Roxanne (roz. 23) można spokojnie porównać z dżinsami marki Baldwin w modelu The Ten Skinny (roz. 24) - to są podobne fasony, z niskim stanem i wąskimi nogawkami.

R10281792R10281832

Roxanne, choć o rozmiar mniejsza, to jest jednak wymiarowo większa od modelu The Ten marki Baldwin.

Ale nie tylko 7 For All Mankind ma problem z zawyżoną rozmiarówką.

Oto dżinsy Diesla w modelu Bootzee (roz. 23) razem z The Rose Modern Bootcut marki Baldwin (roz. 24)

R1028159R1028166

Teoretycznie marki dżinsowe powinny trzymać te same rozmiary - numery odnoszą się bowiem do wymiarów w calach. Ale, jak widać, centymetr krawiecki swoje, a marki dżinsowe swoje. To jest jakaś odmiana vanity sizing, ale można częściowo różnice w obwodach tłumaczyć tkaniną - marka Baldwin znana jest ze swojego dość sztywnego, jak na dzisiejsze denimowe standardy, dżinsu. Dżinsy marki Seven z kolei zwykle są mocno rozciągliwe.

Niestety, z punktu widzenia klienta rozmiar na metce jest coraz częściej jedynie sugestią.

 

 

 

środa, 18 stycznia 2017
Demmie Gvasalii kończą się pomysły

Ewidentnie, Demma Gvasalia, stojącym za kolektywną marką Vetements i dyrektorowi kreatywnemu Balenciagi, kończą się pomysły.

Gdy w październiku 2015 roku na paryskim pokazie mało znanej wówczas Vetements przemaszerował człowiek w t-shircie z napisem DHL, influencerzy modowi i redaktorzy pism modowych i lajfstalowych oszaleli. Wiosna i lato 2016 roku należały do Vetements. Bo marce udało się wykorzystać nostalgię związaną z latami 90., zachwyt nad ugly fashion, powrót do wszechobecnych logosów i obrandowywania wszystkiego, co się da, by pokazać coś starego w nowym komentarzu. Bo Gvasalia i spółka mieli spójną filozofię. I choć można było krytykować ceny (ponad 1k zł za t-shirt z logo DHLa, gdy niemalże identyczny pracownicy tej firmy kurierskiej dostawali za darmol; lub 6k zł za dżinsy uszyte ze starych levisów), to przekaz marki był wyraźny, a an dodatek niepozbawiony dystansu i poczucia. Krytycy modowi poważnie traktowali to, co projektanci próbowali przekazać. Analizowali, rozważali, zastanawiali się, jak marka odnosi się do rzeczywistości.

Gvasalia stał się najgorętszym nazwiskiem w branży modowej, i postanowił to wykorzystać.

Jednak chyba nawet jako kreatywny Balenciagi nie potrafi wyjść z jednego tematu.

W nowej kolekcji jesień-zima 2017 stworzonej dla tej francuskiej marki znów wykorzystuje ten sam pomysł. Na t-shirtach, kurtkach i szalach pojawia się kolejne znane logo - tym razem z kampanii Berniego Sandersa. Jednak zamiast nazwiska demokratycznego kandydata na prezydenta USA pojawia się nazwa francuskiego brandu.

 

 

Logo 2017 #pfw #menswear @balenciaga #kering

A photo posted by Carole Matray (@carolematray) on


 

The Final Look @balenciaga #menswear #votebalenciaga #corporate #fw17

A photo posted by Self Service Magazine (@selfservicemagazine) on


Sądząc po sukcesie DHLowych t-shirtów, t-shirty Balenciagi ($250-$400 za jeden) z kopią logo Sandersa pewnie się sprzedadzą. I będą noszone przez wielu liberałów, którzy wciąż oficjalnie pozostają w stanie ciężkiej depresji z powodu zwycięstwa Donald Trumpa, a którzy to najwidoczniej nie zrozumieli, czemu Donald wygrał...

Nie mówiąc już o tym, że kampania Sandersa została właśnie sprowadzana do pustej wydmuszki, ładne logo bez większego znaczenia.

Ta kolekcja Balenciagi jest nawet ładna, ale szkoda, że Gvasalia zaczyna przypominać pastisz samego siebie.

 

 

 

 

 

 

wtorek, 17 czerwca 2014
Normcore - czyli być jak Caycee Pollard

Ten wpis mógłby mieć wielkie logo: Nudnie, modnie i wygodnie. Ale mieć go nie może, bo... Normcore nie dba o logo, normcore dba o wygodę i prostotę.

To jest wpis dedykowany, i używam tego modnego ostatnio słowa zgodnie z jego znaczeniem, bo tekst zainspirowany jest pytaniem znajomego (hello, MRW!), co to właściwie jest normcore, a potem następnego znajomego, który zastanawiał się, czemu uważam, że jestem normalsem (tak sobie spolszczam słowo "normcore", możliwie, że już istnieje inna polska nazwa), skoro nie ubieram się jak mężczyzna.

Gdy pod koniec lutego w New Yor Magazine pojawił się tekst o normcore odwołujący się do raportu K-Hole, agencji przewidującej trendy, która w październiku 2013 prognozowała, że normcore is the new big thing, temat zaistniał w lajstajlowym internecie. I się zaczęło opisywanie i odkrywanie nowego zjawiska, które właściwie nie jest ani nowe, ani nie wymaga odkrywania. Zawsze było, i zawsze będzie.

Bo normcore jest bardzo stary, i na swój sposób wieczny. Nie oznacza brzydoty ani też antystylu, stylu alternatywnego, nie oznacza ubrań w stylu lat 90., kupowania tanich ubrań, ubierania się na czarno, czy też noszenia New Balance'ów do wszystkiego. Jeśli autor tekstu o trendzie normcore zaczyna od wymieniania marek, to muszę Cię zmartwić, myli pojęcia i nie do końca rozumie, co to jest normcore. Normcore is not the new black, normalsi nie są nowymi hipstersami (choć pewnie niektórzy już zdążyli wyewoluować i zmienić opis na Insta).

 

Ucieszyłam się, gdy zobaczylam, że brytyjski Vougue w swoim internetowym tekście powołuje się na tę książkę:

Normcore jest bezpretensjonalny, jest prosty i średnio go obchodzi, czy dane ubranie jest z nowej kolecji, czy sprzed 10 lat. Ma być wygodne, a noszący je człowiek ma się dobrze czuć. Styl i moda są pochodną, a nie źródłem.

Normcore nie jest nowinką, i nie jest znany tylko z ulic (czy mody ulicznej) bywa neutralny genderowo (choć raczej biegnie w stronę uniseksowych ubrań lub ciuchów dla kobiet, ale o męskim stylu), choć nie musi - wystarczy popatrzeć na kolekcje spod ręki Phoebe Philo czy Stelli McCartney. Normcore bywa sportowy - tak jak na przykład u Alexandra Wanga. Normcore bywa luksusowy, bywa skromny (ubrania modnych ortodoksyjnych Żydówek - uwaga, "ortodoksyjne" ma tu nieco inne znaczenie niż to, do którego się przyzwyczailiśmy myśląc o religii; religijne Żydówki, które wcale nie są ultraortodoksyjne ani też Haredim, ubierają się skromnie, ale interesują się modą).

Normalsami są projektanci mody, którzy nie zawsze noszą to, co sami wypuszczają na wybieg - Muccia Prada, Michael Kors, Christopher Bailey, etc. Normalsem jest też jedna z pierwszych blogerek/szafiarek modowych, która jako pierwsza zaprojektowała kolekcję dla sieciówki - Elin Kling. Wdałabym się nawet w dyskusję broniąć tezy, że normalsem jest Anna Wintour. Polskim normalsem jest na przykład Ryfka z Szafy Sztywniary.

 

Drodzy piszący w Polsce o lajfstajlu, normcore nie pojawił się w 2014, naprawdę. Choć na przykład w bloksowych tagach go nie było.

 

środa, 06 marca 2013
Polska modelka w reklamie wiosennej kolekcji J Brand

True story - przegapiłam wcześniej, ale wczoraj zaatakowały mnie reklamy mojej ulubionej dżinsowej marki J Brand - to piekielnie drogie, ale najwygodniejsze dżinsy świata. Przynajmniej dla mnie, a przetestowałam sporo marek z różnych półek. 

Miłe zaskoczenie - jedną z twarzy kolekcji spring/summer 2013 jest Monika jac Jagaciak.

 

 

Fun fact - zdjęcia Craig McDean, stylizacja Karl Templer, te same osoby odpowiedzialne są za reklamę wiosennej kolekcji brytyjskiej marki Belstaff, w której także pojawia się Jac.

 

 

czwartek, 28 lutego 2013
Who's on the cover? Rzecz o okładkach

Robiąc porządki wśród plików na jednym z dysków przenośnych odkryłam zapomniany już folder z najciekawszymi okładkami - wśród nich była potrójna okładka magazynu W z 2010 roku, pierwsza po relaunchu pod nowym szefostwem. Stefano Tonchi, nowy naczelny, miał nosa. Dlaczego?

Spójrzcie:

Fotograficzne duo Inez van Lamsweerde i Vinoodh Matadin sportetowało 8 nowych i mało znanych aktorek - ja po nazwisku kojarzyłam dwie: Emmę Roberts i Zoë Kravitz, ale tylko dlatego, że pierwsza spokrewniona jest z "tą" Julią, a druga jest córką "tego" Lenny'ego. Z twarzy znałam jeszcze Kat Dennings, którą pamiętałam z jakiś niezależnych amerykańskich filmów, i zaczynałam rozpoznawać Jennifer Lawrence. Pozostałe (Jessica Chastain, Yaya DaCosta, Greta Gerwig, Mary Elizabeth Winstead) były dla mnie zupełnie nieznanymi twarzami.

 

 

Trzy lata później - Lawrence stawia na półce Oscara (a na półeczce stoi już tysiąc innych nagród), a Chastain uważana jest za jedną z najlepszych aktorek swojego pokolenia, Kat ma swój - bardzo popularny - sitcom w telewizji, a Krawitz i Roberts bardziej znane są ze swoich ról filmowych niż powiązań rodzinnych.

 

Ale ja w zasadzie nie o tym, ja o czymś trochę innym - od jakiegoś czasu marudzę swoim znajomym, jakie beznadziejne są okładki polskich magazynów kolorowych. Bo, jeśli chodzi o pisma lajstajlowe lub te plotkarskie, które udają, że są lajfstajlowe, to na ich okładkach ciągle pojawia się te same 5-6 twarzy - Doda, Ania Mucha, Małgorzata Socha, Małgorzata Kożuchowska, Kinga Rusin i Hanna Lis. Wchodzę do saloniku prasowego i widzę tę samą osobę na okładce Twojego Stylu i Gali. Albo Elle i Vivy!. Albo In Style'a i Grazii. Trochę tego nie ogarniam - okładka ma być widoczna, wyróżniać się, by sprzedać magazyn. Chyba to trochę niemożliwe, jeśli ta sama twarz widnieje na dwóch (lub więcej) okładkach różnych pism w tym samym czasie?

 

W 'normalnym' świecie liczy się to, jak się dany numer pisma sprzedaje - stąd też za każdą twarzą stoi jej wartość rynkowa. Liczy się też to, że można coś zareklamować hasłem "tylko u nas", liczy się to, czy udało się namówić wielką gwiazdę, by pojawiła się na okładce. Bo te największe gwiazdy (gwiazdy, nie celebrytki) nie rozmieniają się na drobne, limitują swoją obecność w prasie (*), bo są towarem luksusowym. Madonna, Angelina Jolie, Jennifer Aniston, Beyonce, Rihanna, kilka przypadkowych nazwisk - te kobiety rzadko zgadzają się na sesje okładkowe, stąd pismo z ich twarzą na okładce jest wydarzeniem (stąd też na przykład szum wokół nowej okładki V z Rihanną i Kate Moss). W Polsce jest podobnie - pewnie nawet jest to jakaś reguła - im większa gwiazda, tym mniej okładek (choć reguła ta nie dotyczy modelek, gdzie to działa dokładnie na odwrót).

Być może się czepiam, być może te kilka celebrytyek, które pojawiają się na okładkach, to są jedyne osoby, które gwarantują sprzedaż. Bo przecież my Polacy lubimy to, co znamy, być może nie kupimy żadnego pisma, które na okładkę da kogoś, kto nie jest celebrytką i zajmuje się w życiu czymś więcej niż bywaniem i udzielaniem wywiadów prasie plotkarskiej.

Ale fakt, że jedyną polską okładką modowego pisma, o której donosiły niepolskie serwisy modowe, była ta premierowego wydania polskiego Harper's Bazaar, o czymś świadczy. I nawet to, że to Harper's Bazaar z Małgosią Belą, supermodelką, nie jest jedynym wytłumaczeniem. Bo to bardzo dobra okładka, taka, która pasuje do porządnego modowego magazynu, a nie do taniego pisma z poczekalni u dentysty lub fryzjera.

 

 

* chodzi oczywiście o obecność w prasie lajfstajlowej, nie o zdjęcia robione przez paparazzi.

czwartek, 14 czerwca 2012
Chanel US versus Chanel UK

Whoa!

 



 

Goss (bardzo popularny angielski make-up guru) porównał zawartość cieni i róży Chanel sprzedawanych w Stanach i Wielkiej Brytanii. Okazuje się, że płacąc mniej więcej tyle samo w Stanach dostaniemy kilka razy więcej produktu niż w Anglii (UK - 1,2g, US - 6,8g). Aż pójdę się przejść sprawdzić, ile gram mają poczwórne cienie Chanel sprzedawane w Polsce.

Ciekawe, czy to kwestia organizacji konsumenckich w Stanach (a właściwie ich siły), czy też czegoś innego? Wiadomo, że często na rynki azjatyckie produkowane są inne linie, produkty dostępne w Stanach nie są osiągalne w Europie, odcienie w kolorówce dostępne w różnych krajach często się różnią, etc. Ale czy to tylko kwestia kontynentu, wymagań konsumentów i klinentów marek z różnych szerokości geograficznych, czy też zawartości portfela mieszkańców danego kraju? Sama np. rozczarowałam się, że bb cream MAC, który dostępny w Wielkiej Brytanii, nie można kupić w polskich sklepach MACa (co więcej dziewczyny z MACa w Arkadii i Złotych Tarasach nie słyszały o takim produkcie, i musiałam im pokazać, że MAC naprawdę coś takiego sprzedaje w sieciowym sklepie, bo usłyszałam, że może kupiłam jakąś podróbkę produktu, którego nie ma).

Przy okazji - w Stanach można zwrócić kosmetyk, także tzw. kolorówkę, jeśli nie odpowiada nam działanie lub produkt nie spełnia obietnic.

Tagi: Chanel MAC
17:53, mpaulk , njusy
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67