Lipstick index to taki na wpół poważny wskaźnik ekonomiczny - im wyższy, tym większy kryzys. Wziął się stąd, że marka Estee Lauder zaobserowała wzrost sprzedaży szminek w czasie recesji kilka lat temu (na początku XXI wieku). Po lipstick index pojawiły się kolejne - high heels index (im wyższe obcasy, tym gorzej z gospodarką) i nail polish index.
Na krótką metę, stosując poppsychologię, łatwo to wytłumaczyć. W czasach zaciskania pasa, czujemy potrzebę poprawienia sobie humoru - stąd też globalny wzrost wydatków na drobne zakupy kosmetyczne (oraz na tanie alkohole, true story). Dajmy na to, lżej i łatwiej jest wydać powiedzmy 30 złotych na pomarańczowy lakier do paznokci lub 50 złotych szminkę w kolorze hot pink niż na pomarańczowy żakiet za 350 zł lub różową sukienkę za 200 (srsly, przez lata to był mój tajemny pomysł na kolorystyczne dopasowanie się do nowych sezonowych trendów, a tu okazuje się, że miliony kobiet stosowały to przede mną). Inna rzecz, że na przykład wiele luksusowych marek utrzymuje się ze sprzedaży perfum czy kosmetyków (*) - więcej osób stać na przykład na perfumy Diora za +/- 400 złotych niż na prostą sukienkę tej samej marki za 4 czy 6 tysięcy. Czy też na szminkę za stokilkanaście złotych z logo Chanel, na koszulę tej samej marki za dwa tysiące już niekoniecznie.
Ale pierwszy był hemline index - czyli indeks rąbka u spódnicy. W, nomen omen, skrócie, im krótsza spódnica, tym lepiej z ekonomią. To teraz musimy być naprawdę na dnie rowu Mariańskiego, skoro obowiązującym trendem jest trend maxi.
O innych takich indeksach można przeczytać pod tym linkiem.
*) gwoli ścisłości - marki utrzymują się ze sprzedaży akcesoriów i kosmetyków.